[Ameryka Łacińska] Co się stało z różową falą?

evo

Rządy latynoamerykańskiego “różowego przypływu” rzuciły wyzwanie neoliberalizmowi i hegemonii USA, ale nie naruszyły podstawowych struktur kapitalizmu.

Gdy “różowy przypływ”, na fali antyneoliberalnych protestów w całej Ameryce Łacińskiej, które miały miejsce pod koniec lat dziewięć dziesiątych XX i w pierwszej dekadzie XXI wieku, wyniósł do władzy lewicowe rządy, spotkał się z euforyczną reakcją ze strony lewicy na całym świecie. Usiłując wyjść poza mantrę “nie ma alternatywy”, wielu pokładało swoje nadzieje w tym, co wydawało się nową falą realnie istniejących alternatyw wobec neoliberalizmu.

Pośród rewolucyjnego ferworu for społecznych, ruchów solidarnościowych i rad ludowych, wydawało się że właśnie dokonuje się epokowa zmiana, którą ekwadorski prezydent Rafael Correa optymistycznie ochrzcił mianem “autentycznej zmiany naszych czasów”.

Ale spoglądając wstecz, polityczna mobilizacja z 2005 roku, która pozwoliła zapobiec wprowadzeniu Strefy Wolnego Handlu Obu Ameryk (FTAA), mogła być szczytowym osiągnięciem projektów różowego przypływu. Od tamtego czasu układ sił powoli przesuwał się na korzyść prawicy, czemu towarzyszył spadek popularności i skuteczności lewicowych rządów.

Od 2012 roku pogorszenie się sytuacji gospodarczej stało się źródłem politycznej niestabilności w regionie. W Wenezueli, Zjednoczona Partia Socjalistyczna Wenezueli (PSUV) odniosła dużą porażkę w ostatnich wyborach do Zgromadzenia Narodowego, stawiając pod znakiem zapytania przyszłość rządu. Poważnym ciosem dla rządów Ruchu na rzecz Socjalizmu (MAS) w Boliwii okazała się ostatnia przegrana w referendum, która w przypadku zwycięstwa, pozwoliłaby lewicowemu prezydentowi Evo Moralesowi ubiegać się o kolejną kadencję.

Jednak do największych porażek doszło w dwóch najpotężniejszych gospodarkach różowego przypływu. Wybór Mauricio Macriego w Argentynie był pierwszym przypadkiem, w którym rząd z progresywnego obozu został pokonany w wyborach prezydenckich. Z kolei w Brazylii opozycji udało się osiągnąć to, czego nie zdołała zrobić w procesie wyborczym: doprowadziła do skutecznego zamachu stanu przeciwko prezydent Dilmie Rousseff, zorganizowanego przez aparat sądowniczy i członków Kongresu.

Nie ma wątpliwości, że Stany Zjednoczone podejmują próby wykorzystania tego kryzysu na własną korzyść. W przeciwieństwie do lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, nie korzystają z wojskowych, lecz “miękkich zamachów stanu”.

Strategie gospodarczego sabotażu i niedoboru wraz z długotrwałym prowadzeniem kampanii propagandowych i skandali w mediach oraz sieciach społecznościowych rodzą klimat strachu, beznadziei i niestabilności. Wszystko to toruje drogę do tego, aby prawica zadała ostateczny cios, korzystając z mechanizmów instytucjonalnych takich jak sądownictwo, wybory – a w przypadku Wenezueli – odwołania się do referendum, które skróciłoby kadencję prezydenta Nicolasa Maduro.

Przywołanie imperializmu nie stanowi jednak wystarczającego wyjaśnienia kryzysu, z jakim mierzy się latynoamerykańska lewica. Wcześniej, gdy siły opozycji próbowały obalić lewicowe rządy poprzez zamachy stanu w Wenezueli w 2002, Boliwii w 2008 i Ekwadorze w 2010 roku, poparcie społeczne dla tych rządów okazało się wystarczająco duże, aby oprzeć się naciskom ze strony prawicy. Było to możliwe, mimo gospodarczego sabotażu i zaciekłych ataków ze strony mediów. Natomiast dziś rządy te dysponują znacznie słabszymi możliwościami obrony przed atakami ze strony prawicy.

Aby zrozumieć obecny kryzys, lewica musi więc przyjrzeć się samej sobie. Obecny kryzys polityczny i gospodarczy wynika również z ograniczeń i strukturalnych sprzeczności zawartych w samym projekcie różowej fali, który w coraz większym stopniu podważał swoje radykalne dążenia.

Rzucając wyzwanie neoliberalizmowi

Lewicowe  rządy, które tworzyły różowy przypływ – w tym Wenezuela, Boliwia, Ekwador oraz cechujące się mniej radykalnym stanowiskiem politycznym Brazylia i Argentyna – początkowo uzyskały zwycięstwo w wyborach na fali szerokiego społecznego niezadowolenia konsekwencjami neoliberalizmu. Wobec tego, główną osią ich projektów politycznych były antyimperializm i antyneoliberalizm.

W odpowiedzi na ogromne społeczne mobilizacje, rządy te złagodziły największe szkody spowodowane przez neoliberalizm, cofając prywatyzację, sprzyjając rozwojowi opartemu raczej na produkcji niż na spekulacji, przywracając rolę państwa w redystrybucji bogactwa i rozszerzając publiczne usługi, zwłaszcza w dziedzinie ochrony zdrowia, żywności i edukacji.

Początkowym celem było zbudowanie alternatywnego, hegemonicznego bloku, który byłby zdolny przezwyciężyć hegemonię USA i neoliberalny porządek świata. Wspólnie podzielanym celom alternatywnych form industrializacji, handlu, finansów i komunikacji towarzyszyły znaczące wysiłki na rzecz integracji dzięki inicjatywom takim jak Unia Narodów Południowoamerykańskich (UNASUR) i Wspólnota Państw Ameryki Łacińskiej i Karaibów (CELAC). Najbardziej interesującym z tych projektów był utworzony z inicjatywy Wenezueli Boliwiariański Sojusz dla Narodów Naszej Ameryki  (ALBA), który dążył do stworzenia alternatywnych form kooperacji opartych na zasadach komplementarności i solidarności.

Nie ma wątpliwości, że programy społeczne rządów różowego przypływu przyniosły znaczące korzyści biednym i pracownikom. Wiele osób po raz pierwszy w swoim życiu uzyskało dostęp do podstawowych dóbr, mieszkania, wyższej edukacji i ochrony zdrowia.

Być może z wyjątkiem Wenezueli, reformy postępowych rządów zostały wprowadzone jedynie w celu stawienia czoła hegemonii USA i złagodzenia skutków neoliberalizmu. Jednak niewiele zrobiły dla podważenia w swoich krajach podstawowych struktur kapitalizmu. Głównymi celem nacjonalizacji był zagraniczny majątek, natomiast struktury władzy w poszczególnych państwach Ameryki Łacińskiej w większości pozostały nienaruszone.

Programy społeczne miały jedynie na celu udzielenie wsparcia biednym, ale nie były w stanie zmusić do ustępstw zamożnej części społeczeństwa. Nie dokonano żadnej znaczącej reformy rolnej a najważniejsze sektory takie jak górnictwo, przemysł rolniczy, finanse i media pozostały w rękach małej grupy elit, która wciąż czerpała z nich największe korzyści. W rezultacie projekt różowego przypływu w coraz większym stopniu targany był przez funkcjonujące w jego ramach wewnętrzne sprzeczności.

Neodewelopmentalizm

Kluczową cechą określającą strategię gospodarczą różowej fali był „neodewelopmentalizm”. Była to unowocześniona odmiana modelu uprzemysłowienia opartego na substytucji importu propagowanego przez Komisję Gospodarczą do spraw Ameryki Łacińskiej i Karaibów (ECLAC) w epoce powojennej, która miała pomóc krajom Ameryki Łacińskiej przezwyciężyć zależność od Północy i odzyskać suwerenność.

Brazylia, Argentyna i Ekwador próbowały zmniejszyć zależność od zagranicznego kapitału, sprzyjając lokalnej przedsiębiorczości i zawiązując sojusze z “krajową burżuazją”. Ale dotacje dla właścicieli firm nie zdołały pobudzić inwestycji w sposób, który mógłby w pełni stanowić podporę dla celów krajowego rozwoju czy gospodarczej dywersyfikacji. Polityka rządów różowego przypływu nie zdołała przezwyciężyć strukturalnej nierównowagi gospodarczej tych krajów, prowadząc je do jeszcze silniejszej zależności od eksportu surowców, aby nakręcić wzrost gospodarczy i sfinansować programy socjalne.

Rosnąca zależność od wydobycia zasobów naturalnych okazała się najbardziej problematycznym aspektem różowego przypływu. Chociaż rząd  popierał ekstraktywizm jako konieczny “etap” rozwoju, twierdząc, że przyczyni się do stworzenia bardziej zaawansowanej gospodarki, prawdą okazało się coś wręcz przeciwnego.

Oparcie rozwoju na wydobyciu surowców doprowadziła do zawężenia bazy produkcyjnej i zablokowania gospodarek na ścieżce zależności od eksportu surowców. Pomimo prób wdrożenia neodewelopmentalistycznych strategii polegających na skierowaniu dochodów z przemysłu rolniczego i górnictwa na organizację alternatywnych form produkcji, projektu nie udało się wdrożyć w życie na istotną skalę.

Najbardziej znaczącą geoekonomiczną zmianą związaną z strategią wzrostu opartą na eksporcie było zacieśnienie więzi z Chinami. Ale te nowe powiązania handlowe nie były w stanie zapewnić podstaw dla regionalnej suwerenności, ani przezwyciężyć logiki zależności. Handel z Chinami stworzył raczej nowe formy podległości, umacniając wzrost oparty na eksporcie w zamian za bardzo niewielki transfer technologii.

Ale chyba największym problemem wynikającym z ekstraktywizmu jest jego powiązanie z wysoce niedemokratyczną koncentracją władzy i zasobów, cechującą się strukturalnym bezrobociem z jednej strony oraz bogactwem płynącym w stronę wąskiej warstwy inwestorów i ponadnarodowych korporacji z drugiej.

Model wzrostu oparty na ekstraktywizmie w rzeczywistości uniemożliwił jakąkolwiek dalszą progresywną zmianę, zachęcając za to do głębszej penetracji Ameryki Łacińskiej przez kapitał. Krytycy opisują ten model jako “drapieżny kapitalizm”, ponieważ koszty wzrostu gospodarczego wiążą się z eksploatacją zasobów naturalnych i wspólnot wiejskich, co pociąga za sobą wywłaszczanie rolników i ludności tubylczej oraz przyspiesza katastrofę ekologiczną. Stało się to źródłem nowego cyklu lokalnych zmagań z projektami wydobywczymi.

W rezultacie, mimo znaczących postępów w zakresie pomocy społecznej, rządy różowego przypływy okazały się niezdolne do przezwyciężenia napięć zawartych w ich modelu wzrostu. Choć zadały cios “nowemu porządkowi świata” uosabianemu przez imperializm USA i neoliberalną globalizację, blokując porozumienia o wolnym handlu i cofając prywatyzacje, to ostatecznie nigdy nie rozszerzyły swej misji, co wiązałoby się z wykroczeniem poza kapitalizm jako taki. Zamiast tego przystosowały się do niego, pogłębiając swoją zależność od globalnego kapitału.

Co więcej, ekstraktywizm zwiększył wrażliwość rządów na cykle koniunkturalne. Gwałtowny spadek cen surowców – rezultat obniżającego się wzrostu gospodarczego w Chinach, mniejszy popyt na biopaliwa oraz rozwój technologii wydobycia gazu łupkowego i innych substytutów ropy — okazał się katastrofalny dla gospodarek różowego przypływu, prowadząc do mniejszych albo wręcz negatywnych wskaźników wzrostu, dewaluacji waluty i spadku zasobów fiskalnych.

Region zmaga się właśnie z czwartym rokiem kryzysu gospodarczego. Tymczasem bardzo niewiele celów związanych z wizją alternatywnego handlu i uprzemysłowienia zostało osiągniętych, pogłębiając gospodarczą stagnację.

Udaremniona transformacja

Nie ma wątpliwości, że ekstraktywizm zapewnił rządom różowego przypływu środki konieczne do wdrożenia znaczących programów społecznych. Ale te programy społeczne, pozbawione bardziej radykalnych projektów strukturalnej transformacji, były jedynie tymczasowym rozwiązaniem; systemowe mechanizmy reprodukujące nierówności i wykluczenie społeczne pozostały nienaruszone.

Brak szerszego projektu transformacji społeczeństwa i świadomości społecznej ograniczyły skuteczność programów społecznych. W Argentynie wprowadzono plany kryzysowe i kuchnie polowe, aby zapewnić przetrwanie najbardziej zubożałej części ludności podczas kryzysu gospodarczego. Ale Kirchnerowie nie byli w stanie poradzić sobie ze strukturalnymi podstawami biedy w dłuższej perspektywie. Po początkowych działaniach, wynikających z kryzysowej sytuacji, programy awaryjne nigdy nie zostały zastąpione staraniami zorganizowania alternatywnych form utrzymania.

Wraz z pozbawieniem ich swojego radykalnego potencjału programy pomocy społecznej stały się mechanizmami służącymi pozyskaniu warstw ludowych i organizacji społecznych. Wprowadzone za rządów Kirchnerów programy dla bezrobotnych wykorzystano jako narzędzie do podziału i przejęcia ruchu piqueteros. “Lojalnych” aktywistów nagradzano stanowiskami i pieniędzmi, natomiast ci bardziej krytyczni byli marginalizowani. Efektem tych klientelistycznych praktyk była depolityzacja, demobilizacja i delegitymizacja ruchu.

W Brazylii objęciu władzy przez Partię Pracujących (PT) towarzyszył raczej rozkład niż ożywienie lewicowych sił społecznych. Charakterystycznym elementem stosunków PT z ruchami społecznymi było powoływanie przywódców ze związków zawodowych, organizacji społecznych i NGO-sów na stanowiska w administracji publicznej. Oznaczało to jednak, że aktywiści i osoby o postępowych poglądach opuszczali szeregi przywódców ludowych, aby dołączyć do elity, co doprowadziło do utraty przez nich społecznej legitymizacji. Lewica była zdezorientowana i pozbawiona mocy, niezdolna do sformułowania własnego politycznego stanowiska.

Powszechnym programom społecznym nie towarzyszyły nowe formy ludowej edukacji, mobilizacji, jednoczenia i politycznej formacji. Rola biednych ograniczała się często do bycia biernymi beneficjenci programów społecznych, a nie radykalnymi podmiotami społecznymi. Zostali oni włączeni do “społeczeństwa konsumpcyjnego”, ale nie stali się częścią projektu mającego na celu podważenie takiej formy społeczeństwa czy zmiany świadomości społecznej. Wobec tego działanie na rzecz budowy społeczeństw postkapitalistycznych okazało się niemożliwe.

W rezultacie polityczny horyzont projektu różowego przypływu był ograniczony do tymczasowego wzrostu konsumpcji wśród biednych i klasy pracującej. O ile taka sytuacja wyraźnie widoczna była przede wszystkim w Brazylii i Argentynie, podobna dynamika rozwinęła się również w przypadku bardziej radykalnych projektów Boliwii, Ekwadoru i Wenezueli.

Spadek cen towarów obnażył sprzeczności w projekcie różowego przypływu. Rządy nie są już w stanie spełniać swej podwójnej roli pośrednika w zapewnianiu wyższych zysków dla kapitału i dobroczyńców biednych. A w obliczu braku bardziej radykalnych strategicznych wizji mających stawić czoła kapitalizmowi poprzez społeczne mobilizacje, rządy zwróciły się w stronę prawicy, wprowadzając w życie prorynkowe reformy w odpowiedzi na gospodarczą stagnację.

W Brazylii prezydent Rousseff dokonała cięć w polityce społecznej i mianowała liberalnego ministra finansów. W Ekwadorze początkowe próby prezydenta Correi, mające na celu zwiększenie wpływów podatkowych i poszerzenie programów społecznych, zostały porzucone i w końcu musiał on zwiększyć dług publiczny i eksport oraz przyznać wielkim korporacjom koncesję na wydobycie ropy. Tymczasem przyjazna dla rynku polityka rządów i strategiczne sojusze z kręgami elit wywołały dezorientację wśród ich dotychczasowych zwolenników.

Rosnące napięcia

Ograniczony polityczny horyzont projektu różowej fali sprzyja napięciom między rządem a ruchami społecznymi. Rządy nie były w stanie nawiązać relacji z ruchami, które pozwoliłyby tym ostatnim zachować swą autonomię, jednocześnie otwierając się na samokrytykę i prowadząc konstruktywny dialog, gdy pojawiły się protesty.

Społeczne transformacje, które miały zostać przeprowadzone w Boliwii i Ekwadoru, zostały pozbawione swojej radykalnej treści. W Ekwadorze mobilizacja społeczna osiągnęła swoje apogeum w 2008 roku, kiedy w konstytucji zapisane zostały prawa przysługujące przyrodzie, a do narodowych planów rozwoju włączona została koncepcja buen vivir, czyli “dobrego życia”, stanowiąca alternatywną perspektywę rozwoju opartą na wizjach świata tamtejszych grup etnicznych i zasadach poszanowania środowiska naturalnego.

Ale w praktyce cele te zawsze podporządkowywano neodewelopmentalistycznej strategii wzrostu, czego dowodem było wycofanie się Correi z inicjatywy Yasuní Ishpingo-Tambococha-Tiputini (ITT), której celem było wyłączenie tych obszarów z projektów eksploatacji ropy, wydając ostatecznie zgodę na rozpoczęcie odwiertów w parku narodowym Yasuní.

Ekwadorski model wzrostu oparty na ekstraktywizmie doprowadził do zwiększenia napięć między rządem Correi, który w coraz większym stopniu działał w sposób odgórny oraz rolnikami, tubylcami i ruchami ekologicznymi, odpowiadającymi na to społecznymi protestami. Ruchy organizowały marsze i wzywały do podpisywania petycji przeciwko sprzyjaniu przez rząd ekspansji agrobiznesu i przemysłu wydobywczego, jak również kryminalizacji protestów społecznych.

Wroga postawa rządu wobec tych protestów doprowadziła do pozostawienia dużego pola manewru prawicy, która skorzystała z możliwości zmobilizowania ludzi przeciwko wyższym podatkom, zakładając w dalszej perspektywie przywrócenie konserwatywnego rządu.

Podobnie w Boliwii odwołanie się MAS do “wielonarodowości” i “wielokulturowości” stanowiło podkreślenie znaczenia tożsamości i wartości dla ludności tubylczej głównie na płaszczyźnie ich prawnego uznania. Poświęcono jednak niewystarczającą uwagę materialnym konfliktom, jakie rodzi wśród tych społeczności obrana przez rząd ścieżka rozwoju.

Model “andyjsko-amazońskiego” kapitalizmu uznaje współistnienie różnych kulturowo-ekonomicznych modeli obecnych w boliwijskim społeczeństwie: ayllu, rodziny, sektora nieformalnego, małych przedsiębiorstw, jak również krajowego i ponadnarodowego kapitału. Należy jednak ponownie zwrócić uwagę na to, że praktyczne doświadczenie konfliktu między tymi sektorami w kwestii infrastruktury i projektów wydobywczych dowodzi, że dominującą rolę odgrywają dwa ostatnie.

Gdy, pomimo społecznych protestów, forsowano projekt budowy drogi przecinającej tereny parku narodowego i terytoriów tubylczych Isiboro Sécure (TIPNIS), boliwijski rząd został oskarżony o zastraszanie, wywoływanie podziałów i kryminalizację organizacji indiańskich. Ruchy społeczne zostały osłabione w wyniku podziałów między obrońcami i przeciwnikami ludowych protestów, tracąc swą autonomię i zwolenników. W tym kontekście projekt różowego przypływu wydaje się w coraz większym stopniu służyć nie tyle radykalnemu ożywieniu aktywności społecznej, co dostosowaniu sił społecznych wymaganiom akumulacji kapitału.

Rządy zbyt skoncentrowane na programie ekonomicznym i technokratycznym zarządzaniu państwem straciły łączność z autonomicznymi, zorganizowanymi sektorami społecznymi. Masowe protesty skierowane przeciwko PT w Brazylii w 2013 roku zapoczątkowane zostały przez lewicowe żądania dotyczące transportu publicznego. Jednakże zlekceważenie przez partię tych społecznych żądań umożliwiło prawicowym mediom i wyższej klasie średniej przejęcie nastrojów niezadowolenia, które w końcu otworzyło drogę do obalenia rządu w 2016 roku.

Stało się jasne, że społeczne mobilizacje, które początkowo wyniosły do władzy rządy różowego przypływu, cechują się niewielką zdolnością do funkcjonowania w dłuższej perspektywie. Wynika to częściowo z tego, że brak im było długofalowych wizji, aby stać się samowystarczalną siłą, lecz również z tego, że ich działalność podważana była przez politykę swoich rządów. Nawet jeśli aktywizm nie uległ całkowitemu rozproszeniu, faktem jest, że siłom lewicy daleko do sformułowania wyraźnej wizji służącej budowie alternatywnej hegemonicznej siły.

W rezultacie społeczne siły na lewicy okazały się nieprzygotowane na obecny kryzys gospodarczy. Podczas gdy rządy nawiązywały sojusz z prawicą i przyjmowały prorynkową politykę, siły społeczne nie były w stanie zrozumieć, co się dzieje i zmobilizować się na rzecz tworzenia alternatywy odpowiadającej dążeniom warstw ludowych. W rezultacie, bez strategii pozwalającej przeforsować radykalne wyjście z kryzysu w Brazylii i Ekwadorze, ruchy krytykujące rząd działają de facto w interesie prawicy.

Doświadczenia te wyraźnie pokazały, że projekt transformacji społeczeństwa nie może ograniczać się do redystrybucji, której nie towarzyszy poważna konfrontacja z głębszymi strukturami władzy i budowa radykalnej bazy społecznej. Nie oznacza to, że większy dostęp do podstawowych dóbr, edukacji i zdrowia nie jest ważny. Chodzi o to, że ich skuteczność nie służy zasadniczemu powstrzymaniu procesu reprodukcji klasowej i nierówności władzy.

Niekoniecznie stanowią one również zachętę do mobilizacji, edukacji i politycznej formacji niezbędnej do długofalowych projektów zmian. Nie wystarczy pokonać neoliberalizm, jeżeli nie dysponuje się strategią transformacji w stronę społeczeństwa postkapitalistycznego.

Przykład Wenezueli

Jedynie Wenezuela usiłowała wykroczyć poza postneoliberalny projekt, torując drogę postkapitalistycznemu społeczeństwu. Po próbie zamachu stanu i strajku generalnym w 2002 roku Hugo Chávez zdał sobie sprawę z tego, że realizacja jego programu społecznego wymaga  skierowania go w bardziej radykalną stronę i odwołania się do społecznej partycypacji. Wizja „socjalizmu XXI wieku” Cháveza zakładała budowę państwa wcielającego w życie zasadę wspólnotowości, opierającego się na rewolucyjnym aktywizmie i działalności warstw ludowych.

Misje Boliwariańskie były ambitnym zespołem programów społecznych, które miały walczyć z wieloma problemami, poczynając od ograniczenia biedy, zapewnienia wyżywienia, mieszkalnictwa, edukacji i ochrony zdrowia po prawa ludności tubylczej. Ale ważniejsze od  materialnej redystrybucji okazuje się to, że w Wenezueli pojawiła się próba przekształcenia ludowej kultury politycznej, któremu towarzyszyło gwałtowne nasilenie oddolnej samoorganizacji, świadomości klasowej i społecznej mobilizacji.

Misjom towarzyszyły nowe mechanizmy politycznej partycypacji. Władze gminne upodmiotowiły ludzi, aby w swoim życiu codziennym podejmowali decyzje dotyczące różnorodnych kwestii, poczynając od zdrowia po wodę i transport. Nie ma wątpliwości, że elementy tych procesów ukazały radykalizm, który wyróżnia ich na tle reszty projektów różowego przypływu, sprzyjając ożywieniu sił społecznych działających poza państwową biurokracją i zmianie świadomości społecznej.

Jednak ograniczenia wenezuelskiego projektu na rzecz socjalizmu wynikają ze strukturalnego oporu wobec tego procesu. Największa sprzeczność polega na porażce dopełnienia procesu rozwoju aktywności warstw ludowych z uspołecznieniem własności produkcyjnej.

Nacjonalizacja ropy naftowej i innych przemysłów stanowiła ważny krok na drodze do zerwania z kapitalizmem i poddania gospodarki kontroli społecznej. Ale projekty te często stanowiły bezpośrednią reakcję na konflikt i nie wynikały z szerszego strategicznego planu przekształcenia społeczeństwa.

Co więcej, projekt ten pozostawał ograniczony przez niezdolność do przezwyciężenia modelu gospodarki opartej na ekstraktywizmie, który, jak zostało wcześniej powiedziane, jest z gruntu niedemokratyczny. Mimo poważnych prób przekierowania dochodów z wydobycia ropy naftowej na dywersyfikację gospodarki poprzez system kooperatyw, brakowało im zdolności do samowystarczalnego funkcjonowania i osiągnięcia niezależności od rządowych dotacji, które zapewniały im przetrwanie.

Uzależnienie od subsydiowanego importu żywności i innych podstawowych dóbr sprawiło, że odgórny rentierski model gospodarki pozostał nienaruszony. Bez gospodarczej dywersyfikacji lokalne przedsiębiorstwa poświęcały się jedynie importowi, a nie samodzielnej produkcji.

Ograniczyło to autentyczną partycypację społeczną. Mimo znaczącego wzrostu aktywności warstw ludowych, fakt, że nowe formy organizacji nie miały oparcia w stosunkach produkcji wenezuelskiego społeczeństwa oznaczał, że są nie do utrzymania w dłuższej perspektywie. Zmiany społeczne ograniczały się głównie do sfery politycznej, dokonując się jedynie na poziomie lokalnym, bez zakorzenienia w strukturach gospodarczych.

Oznacza to, że decyzje wciąż podejmowane są w sposób odgórny przez państwo i na światowych rynkach, wpływając w końcu na poziom życia ludzi. W Wenezueli ten odgórny model funkcjonował wraz z szeroko rozpowszechnioną korupcją państwowych biurokratów, której społeczne mobilizacje nie były w stanie przezwyciężyć.

Te sprzeczności zostały ujawnione przez obecny kryzys gospodarczy. Gwałtowny spadek cen ropy pociągnął za sobą ograniczenie dostępu do żywności i ochrony zdrowia dla najbiedniejszych. Nawet jeśli przerażające historie przedstawiane w mediach głównego nurtu o głodzie, beznadziei i porażce socjalizmu są politycznie motywowanymi wyolbrzymieniem, nie ma jednak wątpliwości, że wenezuelski projekt okazał się niemożliwy do utrzymania.

Tak jak prezydenci w innych krajach, Maduro w desperackiej próbie uzupełnienia niedoboru dolarów zwrócił się do kanadyjskich przedsiębiorstw górniczych. Nadzieja dla Wenezueli tkwi w dalszym procesie upodmiotowienia klas ludowych, które stawiając czoła kryzysowi, zorganizowały oddolne inicjatywy solidarnościowe takie jak komunalne sieci produkcji i konsumpcji podstawowych dóbr.

Lewicowy neoliberalizm

Doświadczenie lewicowych rządów sprawujących obecnie władzę łączy problem próby “uczłowieczania” kapitalizmu czy budowy “andyjsko-amazońskiego” kapitalizmu bez pójścia o krok dalej. Pomimo zagorzałej antyneoliberalnej retoryki, za wyjątkiem Wenezueli, podjęto niewiele kroków, aby całkowicie zerwać z poprzednim porządkiem.

W rezultacie powstało coś, co niektórzy określają jako “lewicowy neoliberalizm”, w ramach którego nowe rządy nadal zarządzały postneoliberalnym społeczeństwem, ale nie były w stanie przezwyciężyć kapitalizmu. Jak dotąd nie udało im się uniknąć sprzeczności związanych z działaniem globalnego kapitalizmu w Ameryce Łacińskiej, prowadzących do wybuchu kryzysu, ani przygotować mas do samoorganizacji i zaproponować własnych rozwiązań. Jeżeli rządy te chcą zostać przy władzy, musi to ulec zmianie.

W obliczu kryzysu, ludzie chcą zmiany. Wiceprezydent Boliwii Álvaro García Linera zwrócił uwagę na to, że prawica nie dysponuje alternatywną ofertą. Proponowany przez nich neoliberalny program przypomina ten wprowadzony w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, który doprowadził do gospodarczej katastrofy i społecznych protestów. Jednak po dekadzie sprawowania władzy rządy różowego przypływu wydają się niezdolne do przezwyciężenia impasu i dostarczenia alternatywy dla  problemów gospodarczych, z jakimi muszą mierzyć się ludzie.

Zamiast realizować prorynkowy program i paktować z elitami, rządy powinny doprowadzić do rozwiązania kryzysu zwiększając aktywność warstw ludowych poprzez mobilizację, oraz jednoczenie edukację. W obliczu kryzysu warstwy ludowe muszą być przygotowane na tworzenie innego sposobu organizacji społeczeństwa.

Wymagać to będzie wzmocnienia świadomości politycznej i zdolności do samoorganizacji, aby bronić społecznych zdobyczy osiągniętych dzięki postępowym rządom. Potrzebne jest to również do zapewnienia większej przestrzeni dla społecznego aktywizmu, aby ograniczyć ekspansję kapitalizmu i budować społeczną oraz ekologiczną gospodarkę wykraczającą poza kapitalizm oparty na ekstraktywizmie.

Nie da się tego osiągnąć po prostu poprzez spontaniczną samoorganizację, ale odgórne technokratyczne decyzje również do tego nie doprowadzą. Partie polityczne muszą otworzyć się na samokrytykę i ogólnokrajową debatę z ruchami społecznymi na temat kształtu społecznego, ekologicznego i gospodarczego modelu, którego oczekują ludzie i który będzie miał realne przełożenie w programie partii. Najważniejszym zadaniem jest odejście od ekstraktywizmu w stronę uspołecznionej i ekologicznie zrównoważonej gospodarki.

Ważny przykład lewicowej alternatywy wyłania się z obejmujących cały kontynent ruchów społecznych skupionych wokół ALBA. Celem tych ruchów jest stworzenie sieci społecznych obejmujących cały kontynent, aby mobilizować, jednoczyć i edukować różne odłamy ruchów ludowych, poczynając od rolników, tubylców, po afrykańskie społeczności, studentów, pracowników i kooperatywy.

Odpowiedzią ALBA na obecną sytuację jest działanie na rzecz “stworzenia alternatywnej wizji opartej na władzy wywodzącej się od warstw ludowych”, która “dążyć będzie do rozwiązania kryzysu]pozostając w zgodzie z organizacjami ludowymi”. Oznacza to podjęcie działań na rzecz budowy alternatywnej, postkapitalistycznej gospodarki, która będzie “socjalistyczna, ekologiczna, wspólnotowa, feministyczna i samowystarczalna”.

W obliczu wyczerpania dotychczasowego modelu, procesy takie jak ALBA będą miały kluczowe znaczenie w tworzeniu “podmiotów politycznych” zdolnych do działania jako siły radykalnej zmiany. Być może rządy różowego przypływu nie były w stanie poskromić kapitalizmu, ale sformułowana przez peruwiańskiego dziennikarza i działacza socjalistycznego José Carlosa Mariáteguiego wizja “socjalizmu naszych ameryk” wciąż pozostaje projektem, o który warto walczyć.

Kyla Sankey
tłum. Jakub Barszczewski

Kyla Sankey jest aktywistką polityczną, komentatorką oraz doktorantką na Uniwersytecie Toronto.

15219_919500131410022_6874105058061539396_n

Tekst ukazał się pierwotnie na łamach magazynu Jacobin.
©Jacobinmag.com

Zdjęcie: Cancillería del Ecuador / Flickr

%d bloggers like this: