Trump i Chiny: Cisza przed burzą?

3753007600_92de1d8010_b

Wizyta amerykańskiego sekretarza stanu w Chinach minęła w lepszej atmosferze niż się spodziewano. W jej czasie uwagę zwróciło zwłaszcza użycie przez Rexa Tillersona szczególnego sformułowania – o gotowości do rozwijania relacji dwustronnych w oparciu o „niekonfrontacyjną, bezkonfliktową, wzajemnie szanującą się i obopólnie korzystną współpracę”. Formuła ta nie była przypadkowa, a co więcej nie była amerykańska – to fundament zaproponowanego i forsowanego przez Pekin nowego modelu współpracy pomiędzy mocarstwami.

Administracja Baracka Obamy konsekwentnie pomijała ją jako dającą zbyt dużo swobody Chinom w prowadzeniu asertywnej i hegemonistycznej polityki w Azji Wschodniej. Powstaje więc pytanie, dlaczego nieoczekiwanie użył go Rex Tillerson – czy było to świadome ustępstwo wobec oczekiwań Państwa Środka, czy też mało przemyślany i nie do końca rozumiany gest obliczony jedynie na doraźną poprawę atmosfery.

Tak czy owak, w relacjach dwustronnych USA i Chin rzeczywiście nastąpiło lekkie odprężenie, a obie strony intensywnie przygotowują już planowaną na 6-7 kwietnia wizytę Xi Jinpinga na Florydzie. Odbędzie się ona w stylu Donalda Trumpa – wizyty nie potwierdzono oficjalnie, ma do niej dojść w jego prywatnej rezydencji zamiast w Białym Domu, a wszelkich informacji wyglądać należy na Twitterze, a nie w tradycyjnych środkach przekazu informacji dotyczących prezydenta Stanów Zjednoczonych.

Trudno jednak przesadnie cieszyć się z tego odprężenia, ponieważ wynika ono z pominięcia – przynajmniej w części publicznej wizyty Rexa Tillersona – kwestii spornych. A tych jest coraz więcej i są one bardzo poważne. Donald Trump zraził do siebie stronę chińską już w kampanii prezydenckiej, oskarżając ją o nieuczciwe praktyki handlowe, manipulowanie kursem juana i zapowiadając ściągnięcie amerykańskiej produkcji z Chin z powrotem do USA. Później było jeszcze gorzej – prezydent USA zapowiadał zablokowanie chińskiej rozbudowy instalacji wojskowych na Morzu Południowochińskim (w swoim stylu nie mówiąc jednak jak ma zamiar to zrobić), podał w wątpliwość kontynuację polityki jednych Chin – będącej fundamentem całości współczesnych relacji chińsko-amerykańskich, wreszcie jawnie mieszał z błotem Pekin za brak zaangażowania w rozwiązywanie problemu Korei Północnej, która intensywnie rozwija swój program rakietowy i atomowy.

W związku z tym ostatnim problemem rozpoczęto rozmieszczanie w Korei Południowej elementów amerykańskiej tarczy antyrakietowej, co zostało odebrane przez Chiny jako poważne naruszenie ich własnego bezpieczeństwa – tarcza ta nie tylko mogłaby chronić sojuszników USA również przed chińskimi pociskami, ale przede wszystkim jej radar będzie stale „zaglądał” głęboko w chińskie terytorium. Dość powiedzieć, że nie sposób wyobrazić sobie, by USA zgodziły się na powstanie takiego radaru w pobliżu swoich granic.

Ogrom tych problemów, potęgowany przez agresywny i mało zrozumiały język używany przez prezydenta USA w stosunku do Chin, stanowi mieszankę wybuchową. I trudno znaleźć ekspertów, którzy zachowywaliby w tej sytuacji optymizm względem przyszłości relacji USA z Chinami.

Można jednak w działaniach administracji Donalda Trumpa szukać jakiejś logiki. Prezydent liczy, że uda mu się uzgodnić nowe porozumienia gospodarcze z Chinami, które poprawią pozycję USA w deficytowej obecnie wymianie handlowej i – przypuszczalnie – będą tworzyć nowe miejsca pracy w USA. Bezpośrednia krytyka Pekinu ma przy tym służyć do zwiększania presji na stronę chińską oraz dawać zadość oczekiwaniom własnego elektoratu, któremu Trump obiecał „uczynić Amerykę znów wielką”.

Póki co można jedynie zgadywać, czego ewentualny „deal” dwóch największych gospodarek świata miałby dotyczyć. Najpewniej chodzić będzie o redukcję olbrzymiego amerykańskiego deficytu w handlu z Chinami, który wyniósł w 2016 roku 350 miliardów dolarów. Redukcja ta zgadzałaby się zarówno z zapowiedziami Trumpa o sprowadzeniu produkcji firm z USA z powrotem do Stanów, jak też – teoretycznie – z akcentowanym przez Chiny przekonaniem do utrzymywania „obopólnie korzystnych” relacji.

Jeśli chodzi o handel korzyści może i są obecnie obopólne, jednak drastycznie nierówne właśnie na korzyść Pekinu, do którego szerokim strumieniem płyną amerykańskie dolary.

Jednak presja nie wystarczy, by skłonić Chiny do porozumienia – Donald Trump musi im coś zaproponować w zamian, by Xi Jinping zgodził się ograniczyć chińskie zyski z handlu.

Musi to być coś dużego, zwłaszcza, że Chiny same doświadczają spowolnienia gospodarczego i rosną wątpliwości, czy właśnie nie jesteśmy świadkami zmierzchu ich cudu gospodarczego.

Póki co prezydent USA i jego rodzina zabrali się za dobijanie prywatnych targów z chińskim biznesem. Prezydent spotkał się m.in. z jednym z największych rekinów chińskiego biznesu – Jackiem Ma, zaś zięć Trumpa, Jared Kushner, miał tuż po wyborach osiągnąć porozumienie z potężnym koncernem Anbang Group, uważanym za bliski chińskim władzom. Porozumieniu temu, dotyczącemu domniemanych inwestycji Chińczyków na Manhattanie, oficjalnie zaprzeczono, przyznano jednak, że rozmowy są prowadzone.

Skłania to do wniosku, że rodzinie Trumpów bynajmniej nie chodzi o niszczenie relacji handlowych z Chinami, ale o wyciągnięcie z nich jak największych korzyści. Również osobistych.

Takie prowadzenie polityki zagranicznej – ukierunkowane przede wszystkim na osiągnięcie określonych korzyści gospodarczych, a odsuwające na dalszy plan kwestie długofalowych interesów państwa, jego wiarygodność i przewidywalność – również nie wróży jednak nic dobrego. Zwłaszcza dla mniejszych państw, które poza nawoływaniem do „obrony zasad” niewiele będą miały do powiedzenia w rozmowach pomiędzy mocarstwami.

Donald Trump wydaje się przy tym osobą, która ma niewiele wrażliwości dla słabszych partnerów USA, co zaprezentował choćby krytykując NATO i przedstawiając tej sojusz tak, jakby służył on wszystkim, tylko nie Amerykanom. Podobnie rozumieć można wrzucenie przez Trumpa do kosza Transpacyficznej Umowy o Wolnym Handlu (TPP), która miała stanowić przeciwwagę dla chińskich wpływów gospodarczych w Azji. Waszyngton porzucił wspólny projekt ze swoimi azjatyckimi partnerami, ale jednocześnie sam liczy na osiągnięcie porozumienia dwustronnego z Chinami.

Na pierwszy ogień w relacjach chińsko-amerykańskich poszedł już Tajwan, który wyrażać zaczął zaniepokojenie niejasną polityką Waszyngtonu. Władze Tajwanu boją się, że w ewentualnym „dealu” amerykańsko-chińskim USA go porzucą, wykorzystując jako zwykłą kartę przetargową. Tuż po wizycie Rexa Tillersona w Chinach prezydent Caj Ing-wen odwiedziła bazę okrętów podwodnych, w której zapowiedziała, że Tajwan własnymi siłami zbuduje sobie nowe jednostki tego typu. Deklaracja ta wiele znaczy, ponieważ Tajwan od dziesięcioleci bezskutecznie zabiegał o kupno okrętów podwodnych za granicą, jednak konsekwentnie blokowany był przez sprzeciw Pekinu. Zapowiedź samodzielnej budowy okrętów przez niemający żadnego doświadczenia w tym zakresie Tajwan oznaczać może tylko dwie rzeczy – desperację, lub liczenie na otrzymanie choćby najpotrzebniejszych technologii od USA, nim te dogadają się z Chinami. Co ciekawe, źródła w Waszyngtonie przyznały, że rzeczywiście rozważają sprzedaż broni dla Tajpej. Informacja ta wyciekła jednak do mediów tuż przed wizytą sekretarza stanu USA w Chinach, więc potraktowana została początkowo jako blef w celu wywarcia presji na Pekin.

Tajpej bardzo szybko z resztą zrozumiało, że wcześniejsze podważanie przez Donalda Trumpa polityki jednych Chin nie miało nic wspólnego z jego protajwańskimi sympatiami – wręcz przeciwnie, było to jedynie świadczące o braku dyplomatycznej ogłady wykorzystanie „tematu tajwańskiego” w budowaniu relacji dwustronnych z Pekinem. Władze na wyspie niewiele mogą tymczasem zrobić poza liczeniem na dobrą wolę mocarstw. „Wzywamy USA i Chiny, gdy ocieplają one swoje relacje, by nie wykorzystały Tajwanu do realizacji własnych interesów, niczym szachowego pionka”, zaapelowała w tym tygodniu tajwańska minister ds. chińskich, Catherine Chang.

Poważnym utrudnieniem w próbie osiągnięcia amerykańsko-chińskiego porozumienia może jednak okazać się zbliżający się jesienny zjazd Komunistycznej Partii Chin, na którym wybrane zostaną chińskie władze na kolejne 5 lat. Choć murowanym faworytem jest obecny przywódca Xi Jinping, prezentowanie przez niego asertywnej, konfrontacyjnej polityki zagranicznej jest tradycyjnie dobrym sposobem na umocnienie swojej pozycji w wewnątrzpartyjnych rozgrywkach przez zjazdem. Wielkie porozumienie z USA niekoniecznie umacniałoby jego pozycję w porównywalnym stopniu.

Pekin zresztą szykuje się jednocześnie także na najgorsze i analizuje możliwości kontruderzeń w przypadku rozpoczęcia wojny handlowej z USA. Zakłada, że choć Donald Trump mógłby nałożyć wysokie cła na import z Chin, Chiny mają jednocześnie możliwość ograniczenia własnego importu z USA czy nałożenia ograniczeń w funkcjonowaniu amerykańskich koncernów w Chinach. Koszty braku „dealu” odczułby więc cały świat.

Przy ogromie problemów w relacjach USA z Chinami i nieprzewidywalnej polityce Donalda Trumpa trudno więc nie odnieść wrażenia, że spokojne szykowanie wizyty Xi Jinpinga na Florydzie jest ciszą przed nadciągającą burzą.

Maciej Michałek

Maciej Michałek jest ekspertem Global.Lab, absolwentem Instytutu Stosunków Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego oraz doktorantem na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW. Studiował również na Tsinghua University (ChRL). Jego zainteresowania badawcze koncentrują się na kwestiach bezpieczeństwa oraz polityce regionalnej Chin. Zawodowo związany z jednym z największych koncernów medialnych w Polsce.

Zdjecie: Finnegan (CC BY-NC 2.0)

%d bloggers like this: