[Wielogłos] Czy Merkel i Macron zreformują Unię Europejską?

Ruszamy z nową rubryką! W regularnych odstępach nasza ekspertka Aleksandra Polak będzie zbierała opinie ekspertek i ekspertów z kraju i z zagranicy na najważniejsze tematy międzynarodowe. Nie zabraknie też głosów decydentek i decydentów. Mamy nadzieję, że „Wielogłos” przyczyni się do lepszego zrozumienia otaczającego nas świata i wyzwań, przed jakimi stoi polska polityka zagraniczna.

Arne Lietz [poseł do Parlamentu Europejskiego z ramienia Socjaldemokratycznej Partii Niemiec (SPD), członek grupy S&D]

Zapoczątkowanie procesu reform przez Francję i Niemcy jest ważne, ale samo w sobie nie wystarczy. Format Trójkąta Weimarskiego musi pozostać centralną platformą dla dalszego rozwoju Europy. Jednocześnie, aby istniała wspólna podstawa do współpracy, niezbędne jest przestrzeganie przez wszystkich partnerów podstawowych zasad UE, w szczególności zasady praworządności.

Format Trójkąta Weimarskiego musi pozostać centralną platformą dla dalszego rozwoju Europy.

Potrzebujemy budowniczych mostów pomiędzy Południem a Północą, Wschodem i Zachodem, aby wspierać progresywną politykę integracyjną, w której polityka społeczna, gospodarcza i środowiskowa idą ramię w ramię. Inwestycje na rzecz zrównoważonego wzrostu, nowe miejsca pracy i efektywniejsze środki służące zwalczaniu bezrobocia wśród młodzieży, a także wzmacnianiu równości szans kobiet i mężczyzn, mogą być opracowywane tylko wspólnie.

Niezbędny proces reform może się powieść tylko wtedy, gdy włączone w niego zostaną obywatelki i obywatele europejscy ze wszystkich regionów. Także głos wschodnich Niemiec, bogatych w doświadczenia transformacji społeczeństwa postsocjalistycznego, powinien mocniej wybrzmieć w ramach toczących się dyskusji o przyszłości Europy.

Kassandra Becker [współzałożycielka Polis180, berlińskiego think-tanku zajmującego się sprawami europejskimi i międzynarodowymi]

Pierwszy rok prezydentury Emmanuela Macrona ma już chwytliwy slogan „Francja powróciła”. I rzeczywiście, ambitne wewnętrzne i europejskie reformy francuskiego prezydenta przywróciły pozycję Francji na europejskiej i międzynarodowej arenie. Podczas pierwszych dziesięciu miesięcy urzędowania, Macron wykazał się imponującą szybkością w reformowaniu francuskiego rynku pracy i obniżeniu deficytu Francji poniżej celu 3%, po raz pierwszy od dekady. Jednak jego europejski program reform utknął w martwym punkcie, głównie z powodu przedłużających się negocjacji koalicyjnych w Niemczech. Nawet jeśli Macron i Merkel znajdą kompromis w sprawie reform, francusko-niemiecki silnik nie wystarczy, aby zreformować UE. Potrzebują innych partnerów.

Francusko-niemiecki silnik nie wystarczy, aby zreformować UE.

To może nie być tak łatwe, jak można się było spodziewać. Osiem północnoeuropejskich krajów przedstawiło ostatnio własne propozycje reform, szeroko odrzucając propozycję Macrona dotyczącą przeniesienia większej liczby kompetencji na poziom ponadnarodowy. UE ma 28 (wkrótce 27) członków, a strefa euro – 19 państw członkowskich. Dwa kraje nie mogą i nie powinny reformować Unii na własną rękę. Macron musi dotrzeć do państw członkowskich poza Niemcami, które są przeciwne bardziej ponadnarodowej UE. Francja i Niemcy muszą znaleźć właściwą równowagę między marszem naprzód a włączeniem innych państw.

Co najważniejsze, oba kraje powinny skupić się na utrzymaniu jedności UE. Tylko zjednoczona Europa może stawić opór rosnącym zagrożeniom ze strony autokratycznych krajów, takich jak Rosja i Chiny. Jeszcze bardziej niepokojące dla UE są działania prezydenta Trumpa podważające partnerstwo transatlantyckie i liberalny porządek międzynarodowy. Silna i zjednoczona UE jest potrzebna bardziej niż kiedykolwiek. Obejmuje to rozwijanie Europejskiej Unii Obronnej, reformę strefy euro i ustanowienie europejskich reguł opartych na wartościach w odpowiedzi na zmiany wywołane cyfryzacją. Merkel, Macron i ich rządy powinni szybko przedstawić swoje pomysły na przyszłość UE i pokazać chęć zmiany. Aby wykorzystać zbliżające się wybory europejskie jako siłę napędową, nie mogą sobie pozwolić na dalsze tracenie czasu.

Paweł Zerka [koordynator programu ‘European Power’ w paryskim biurze Europejskiej Rady Spraw Zagranicznych, ECFR]

We wrześniu 2017 Emmanuel Macron wygłosił płomienną mowę o przyszłości Europy. Namawiał do szeroko zakrojonej reformy UE, tak aby lepiej chroniła europejskich obywateli (l’Europe qui protège). Stał się też orędownikiem ‘Europy wielu prędkości’, postulując, aby kraje, które chcą integrować się w obszarach gospodarki, bezpieczeństwa czy polityki migracyjnej, nie musiały oglądać się na europejskich maruderów.

Już wtedy – kilka dni po wyborach parlamentarnych w Niemczech – wiadomo było, że szanse na realizacje wielu pomysłów Macrona są mocno ograniczone. Prezydent Francji od początku traktował Niemcy jako kluczowego partnera w reformowaniu Europy. Przeciągające się negocjacje koalicyjne w Berlinie oraz ostatnie wybory we Włoszech dodatkowo skomplikowały sprawę. Mimo to, nie należy przedwcześnie spisywać reformy UE na straty.

Socjaldemokraci musza pokazać swoim wyborcom, że dzięki wejściu do koalicji mają wpływ na niemiecka politykę w Europie.

Po pierwsze, europejska integracja w zakresie bezpieczeństwa i obrony wkroczyła już (wraz z powołaniem do życia PESCO przez 25 państw członkowskich) w fazę post-polityczną. W najbliższych miesiącach zapadnie jeszcze decyzja co do wysokości Europejskiego Funduszu Obronnego oraz jego otwartości na kraje trzecie, takie jak Wielka Brytania, ale machina została już wprowadzona w ruch. Za nami również kluczowy moment wyboru pomiędzy integracją ambitną w zakresie bezpieczeństwa (której chciał Paryż) a inkluzywną (o którą zabiegał Berlin) – na korzyść tej drugiej opcji.

Po drugie, można spodziewać się dalszych kroków w zakresie integracji w strefie euro. Raczej nie zostanie utworzony sowity budżet i pozycja ministra finansów eurozony. Ma jednak szansę powstać ograniczona pozycja w unijnym budżecie przeznaczona na reformy strukturalne, być może nawet otwarta dla krajów spoza strefy euro. Niemcy na pewne gospodarcze kroki naprzód są gotowi z dwóch głównych powodów: zależy im na kontynuowaniu przez Macrona reform strukturalnych we Francji, a zarazem socjaldemokraci musza pokazać swoim wyborcom, że dzięki wejściu do koalicji mają wpływ na niemiecka politykę w Europie. Natomiast ambitniejsze reformy raczej nie wchodzą w grę, bo Berlin – nawet jeśli zaczyna uważać je za konieczne – nie może już liczyć na bezwarunkowe poparcie Holendrów i mniejszych krajów strefy euro.

Być może zachowawcze reformy okażą się niewystarczające, aby uczynić strefę euro odporną na wstrząsy, a Europie zapewnić strategiczna autonomię. Ale bez wątpienia nie brakuje w Europie takich, którzy (choć na chwilę) odetchną z ulga.

Karolina Zubel [ekonomistka w warszawskim think-tanku CASE – Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych]

Od czasu pojawienia się na unijnej scenie charyzmatycznego prezydenta Francji Emmanuela Macrona, jego tandem z niemiecką kanclerz Angelą Merkel – zwany przez wielu „Mercron” – elektryzuje Brukselę i europejskie stolice. Systematyczne spotkania robocze, obietnice nowej wizji Stanów Zjednoczonych Europy czy pełne patosu przemówienia, jak na przykład podczas styczniowego szczytu w Davos, można podsumować krótkim: „Hey, Donald Trump! Europe’s back”.

Duet „Mercron” ma większą szansę na reformę Unii Europejskiej niż kiedykolwiek w historii.

„Merkozy” – poprzednia próba zawarcia przymierza pomiędzy Merkel a ówczesnym francuskim prezydentem Nicolasem Sarkozym wywołała niechęć pozostałych stolic niezadowolonych z opracowywanych przez duet arbitralnych rozwiązań zarówno dla strefy euro, jak i dla całej UE. Na szczęście Merkel i Macron zdają sobie sprawę z mankamentów tej inicjatywy. Ich realizm dotyczący stosunków dwustronnych wydaje się przy tym naturalny: obydwoje są zgodni, że najpotężniejszym atutem Unii Europejskiej nigdy nie była drobiazgowa wizja przyszłości, a zbiorowa chęć ulepszenia dotychczasowych procesów. Jeśli „Mercron” utrzyma tę perspektywę, szansa na stworzenie nowego, inkluzywnego  porządku, z którego skorzysta cała Europa, rzeczywiście jest ogromna.

W tym kontekście zapowiedź przedstawienia szczegółowego planu dla Europy podczas czerwcowego spotkania w ramach Agendy Przywódców – opracowanego przez przewodniczącego Rady Europejskiej formatu mającego zintensyfikować prace nad skutecznymi rozwiązaniami, także w najtrudniejszych kwestiach, a równocześnie chroniącego jedność UE – wydaje się strzałem w dziesiątkę.

Choć oczywiście nie brak głosów krytykujących dotychczasową opieszałość w działaniu przywódców Francji i Niemiec, należy pamiętać, że Berlin dopiero niedawno zakończył blisko półroczny proces kompletowania rządu. Już pierwsze kroki po zaprzysiężeniu nowego gabinetu napawają optymizmem – Olaf Scholz, centrolewicowy były burmistrz Hamburga, oficjalnie mianowany osobą numer 2 w rządzie chadeckiej Angeli Merkel, zaraz po zaprzysiężeniu towarzyszył kanclerz w podróży do Paryża w celu „omówienia kwestii fiskalnych w eurogrupie” ze swoim francuskim odpowiednikiem. Do tej pory to właśnie polityka fiskalna była największą kością niezgody na linii Paryż-Berlin. Sukcesywnie reformowana przez Macrona Francja staje się dla Berlina odpowiedzialnym partnerem, dzięki czemu duet „Mercron” ma większą szansę na reformę Unii Europejskiej niż kiedykolwiek w historii.

Maria Skóra [Senior Project Manager w berlińskim think-tanku Das Progressive Zentrum]

Od niespełna miesiąca Niemcy mają nowy-stary rząd. Po fiasku negocjacji zwycięskiej chadeckiej unii CDU/CSU z liberalnym FDP oraz Zielonymi jedynym ratunkiem przed kolejnymi wyborami okazało się zasiąść do stołu z niedawno pożegnanym koalicjantem, Socjaldemokratyczną Partią Niemiec (SPD). W efekcie długotrwałych, głównie wewnątrzpartyjnych, targów, 12 marca br. podpisano umowę koalicyjną, a Bundestag wybrał po raz czwarty na fotel kanclerski Angelę Merkel. W Niemczech zatem obyło się bez rewolucyjnych zmian i mniej więcej jasnym jest, czego po koalicji można się spodziewać.

Prawie rewolucyjne zmiany zaszły natomiast w ubiegłym roku we Francji, gdzie w emocjonującym wyścigu o fotel prezydenta zmierzyli się przywódczyni populistyczno-prawicowej, anty-imigranckiej i eurosceptycznej partii Front Narodowy (FN), Marie Le Pen oraz Emanuel Macron, euroentuzjasta, były bankier inwestycyjny oraz zastępca sekretarza generalnego w pierwszym gabinecie socjalisty Françoise Hollande’a, dziś przywódca En Marche!, centrystycznej inicjatywy, która jeszcze pod szyldem politycznego ruchu zdystansowała w kampanii wiele tradycyjnych partii. Macron reprezentuje jakościową zmianę nie tylko w polityce francuskiej, ale i europejskiej. Jego zwycięstwo wpisuje się w ogólną tendencję spadkową tradycyjnych partii wobec eklektycznych „ruchów” i innych „inicjatyw”, łączących elementy różnych programów ponad tradycyjnymi liniami podziału. Jednocześnie jednak, Macron wystąpił z pozytywnym przekazem – afirmatywnym wobec Unii Europejskiej i nie demonizując żadnej z grup mniejszościowych, np. muzułmanów, na użytek kampanii, co tym bardziej przesądza o jego specyficznym statusie na europejskiej arenie politycznej.

„Niechciana hegemonia” dziś może zostać przełamana przez przyjęcie przez Francję aktywnej roli w kształtowaniu Unii Europejskiej.

W efekcie, francusko-niemiecki tandem przeszedł częściową rekonstrukcję, która jednak może mieć wpływ na jego całościowe funkcjonowanie. Partnerstwo obydwu krajów tzw. europejskiego rdzenia, szczególnie po rezygnacji z członkostwa w UE Wielkiej Brytanii, ma kluczowe znaczenie dla dalszego rozwoju wspólnoty, szczególnie w czasach takiego polikryzysu jak dziś: wewnętrznych rozbieżności nie tylko wobec poszczególnych polityk (np. migracyjnej), ale przede wszystkim samej wizji przyszłości europejskiej integracji. Samodzielne przywództwo Niemiec w Europie jawiło się im samym jako problematyczne, a przez niektóre kraje członkowskie odbierane było nawet jako niepokojące. Ta „niechciana hegemonia” dziś może zostać przełamana przez przyjęcie przez Francję aktywnej roli w kształtowaniu Unii Europejskiej. Prezydent Macron dał już z resztą wyraz swoim ambicjom w tym zakresie, inaugurując reformę dyrektywy o pracownikach delegowanych i animując debatę ze związanym z nią zagadnieniem „równej płacy za równą płacę”, co wpisuje się w szerszą narrację o budowie wspólnego europejskiego filaru praw socjalnych. Z drugiej strony, zaprezentował się on także jako bezkompromisowy polityk, otwarcie krytykując polski rząd w kontekście napiętej sytuacji na linii Warszawa-Bruksela. Przywołane tu epizody są zapowiedzią przyjęcia przez Francję sprawczej roli w kształtowaniu Unii Europejskiej, jak i relacji pomiędzy jej państwami członkowskimi.

Wydaje się, że jest to także sytuacja korzystna dla Berlina. Niemcy chwilowo zajęte są sobą – nowy rząd musi jeszcze okrzepnąć, w międzyczasie coraz bardziej uciążliwa staje się obecność debiutującej w Bundestagu populistyczno-prawicowej partii Alternatywa dla Niemiec (AfD). W odniesieniu do oporu państw Grupy Wyszehradzkiej, ostre reakcje nie leżą w interesie Niemiec. Szczególnie wchodzenie w konfrontację z Polską byłoby, także z powodów historycznych, po prostu nierozsądne. Stąd też, wyrastający obok Berlina równoległy środek ciężkości w Paryżu jest ze wszech miar pomyślnym zrządzeniem losu. W tych okolicznościach można oczekiwać, że francusko-niemiecka współpraca będzie się pogłębiać i nadawać Europie ton, nawet jeśli ustami Emmanuela Macrona, to jednak w wyniku ścisłej bilateralnej współpracy.

Adam Traczyk [współzałożyciel i prezes Fundacji Global.Lab]

Długotrwały proces budowania koalicji rządowej w Niemczech ostudził oczekiwania wobec głębokich reform Unii Europejskiej, jakie towarzyszyły zwycięstwu wyborczemu Emmanuela Macrona i pierwszym miesiącom jego rządów. Niemniej w umowie koalicyjnej pomiędzy niemieckimi chadekami i socjaldemokratami, głównie za sprawą tych drugich, sprawom europejskim przypisano kluczowe znaczenie i symbolicznie poświęcono im pierwszy rozdział dokumentu zatytułowany „Nowy przełom dla Europy”.

Angela Merkel będzie musiała podjąć decyzję, czy zachce przewodzić procesowi zmian, czy wybierze wygodniejszą rolę mediatora i arbitra.

Czy jednak niemiecko-francuski tandem faktycznie poprowadzi Europę w kierunku „nowego przełomu”?  Zależy to przede wszystkim od stanowiska Berlina. Angela Merkel będzie musiała podjąć decyzję, czy zachce przewodzić procesowi zmian, czy wybierze wygodniejszą rolę mediatora i arbitra. Przyjęcie drugiej postawy grozi, że reformy ugrzęzną w martwym punkcie, a polityka europejska w dłuższej perspektywie będzie ograniczać się do ciągłego zarządzania kolejnymi kryzysami.

Dlatego Berlin nie powinien chować się za plecami innych, tylko skorzystać z zaproszenia Emmanuela Macrona i przygotować ambitny projekt mapy drogowej reform UE. U podstaw niemieckiej aktywności w Europie powinna leżeć świadomość, że żadne państwo nie skorzystało na procesie integracji europejskiej i wspólnej walucie bardziej niż nasz zachodni sąsiad. Dlatego – jak  postuluje Jürgen Habermas – niemiecka odpowiedź na propozycje francuskiego prezydenta pod żadnym pozorem nie może brzmieć: „A ile będzie nas to kosztować?”.

Aktywna rola Berlina gwarantowałaby jednocześnie, że reformatorski zapał lokatora Pałacu Elizejskiego uzupełniony zostanie większą wrażliwością na istniejące w ramach wspólnoty podziały: według osi południowej reprezentującej solidarność, północnej akcentującej stabilność i wschodniej podkreślającej suwerenność. Tylko tak uda rozwiązać dylemat, jak pogodzić dążenia do utrzymania europejskiej jedności w ramach UE 27 oraz konieczność przeprowadzenia niezbędnych reform, w tym w szczególności strefy euro, które zagwarantowałyby jej stabilność i odporność na wstrząsy.

Głosy zebrała Aleksandra Polak.

Rubryka „Wielogłos” powstaje dzięki wsparciu Fundacji im. Friedricha Eberta.

Logo_Friedrich_Ebert_Stiftung.svg

 

 

%d blogerów lubi to: