Niemcy w Radzie Bezpieczeństwa ONZ – spojrzenie z Warszawy

Objęcie przez Niemcy mandatu niestałego członka Rady Bezpieczeństwa ONZ na lata 2019/20 powinno być dla Polski dobrą wiadomością. Do zasiadającej w RB w kadencji 2018/19 Polski dołączy przecież jej długoletni sojusznik w ramach Unii Europejskiej i NATO, a także najważniejszy partner handlowy. Także propozycja „europeizacji” niemieckiego miejsca w RB powinna się spotkać w Warszawie – szczególnie wyczulonej na oznaki prowadzenia polityki ponad jej głową – z aprobatą. Praktyka może jednak znacząco odbiegać od teorii.

Obecność w RB miała być dla Polski okazją do silniejszego zaakcentowania swojej pozycji na arenie międzynarodowej. Tymczasem dotychczas nasza kadencja przebiega nad wyraz cicho, żeby nie powiedzieć niezauważenie. Oczywiście, musimy pamiętać, że moc sprawcza niestałych członków RB i ich wpływ na koleje globalnej polityki są mocno ograniczone i nieporównywalne z piątką stałych członków RB. Niemniej, wydaje się, że Polska nie robi wszystkiego, aby w pełni wykorzystać swoje członkostwo w RB.

Jednak nawet jeśli dziś niestałe członkostwo w Radzie Bezpieczeństwa zdaje się być niewykorzystaną w pełni przez Polskę szansą, to do końca przyszłego roku dysponujemy przepustką do elity światowej dyplomacji. Dołączenie Niemiec, mimo ostatnich konfliktów najważniejszego europejskiego sojusznika Polski, do tego grona mogłoby zostać potraktowana jako impuls do lepszego spożytkowania drugiej połowy kadencji.

Już w maju proponowałem, aby polski rząd szukał zbliżenia z Berlinem i zaprosił Niemcy do bliższej współpracy jeszcze zanim formalnie rozpoczną one swoją kadencję. Taki gest dobrej woli i chęci współpracy mógłby przynajmniej częściowo zamazać złe wrażenie, jakie Polska pozostawia na arenie europejskiej. Ponadto, niemiecka kultura strategiczna ewoluuje i w interesie Polski jest starać się wpływać na ten proces. Tym bardziej, że zwrot, jaki dokonał się w niemieckiej polityce bezpieczeństwa po agresji Rosji na Ukrainę i aneksji Krymu, przybliżył znacząco strategiczną wrażliwość Berlina do Warszawy.

Do tego, Niemcy maja ambicje nadać swojemu członkostwu w Radzie Bezpieczeństwa europejski wymiar. Minister spraw zagranicznych Heiko Maas mówił: „Będziemy dążyć do tego, aby z naszego członkostwa w RB ONZ w latach 2019/2020 uczynić europejskie członkostwo. Naturalnie, na plakietce będzie widniał napis »Niemcy«, ale gdy będziemy zabierać głos w Radzie Bezpieczeństwa będziemy mówić także w imieniu wszystkich państw członkowskich UE. A gdy będziemy głosować, silniej niż w przeszłości kierować będziemy się wytycznymi europejskiej polityki, którą chcemy tworzyć wspólnie z naszymi europejskimi partnerami”. Kanclerz Angela Merkel wyrażała nadzieje, że w przyszłości koordynacja polityki bezpieczeństwa państw UE umożliwi kolektywne działanie za pomocą Europejskiej Rady Bezpieczeństwa z rotacyjnym członkostwem, które pozwoliłoby państwom członkowskim działać szybciej, także w kontekście ich aktywności na forum Rady Bezpieczeństwa ONZ.

Niemiecka oferta „europeizacji” swojej kadencji odczytana jako zaproszenie innych państw europejskich do współkształtowania procesu ewolucji niemieckiej, ale i tworzenia wspólnej europejskiej kultury strategicznej powinna spotkać się w Warszawie z pozytywnym odzewem. Tymczasem, mimo deklaracji ministrów spraw zagranicznych obydwu państw, że zobowiązują się do ścisłej współpracy w czasie wspólnego członkostwa w Radzie Bezpieczeństwa ONZ, wydaje się, że przeszła ona bez większego echa.

Z polskiej perspektywy kluczową przeszkodą stojącą drodze ku ściślejszej współpracy jest nieufność rządzącej obecnie w Polsce elity wobec intencji Berlina. Wszelkie dążenia do „europeizacji” są przez rząd Prawa i Sprawiedliwości odczytywane jako kroki mające na celu przybliżenie Niemiec do osiągniecia pozycji europejskiego hegemona. Podobnie – jak przekonywał niedawno były minister spraw zagranicznych, a obecnie ciągle poseł PiS Witold Waszczykowski – emancypacja Europy od Stanów Zjednoczonych ma być wstępem do spełnienia niemieckich snów o potędze.

Można się także domyślać, że to właśnie dominującą pozycje Niemiec w Unii Europejskiej miał na myśli prezydent Andrzej Duda, gdy w czasie swojego ubiegłotygodniowego wystąpienia przed Zgromadzeniem Ogólnym ONZ krytykował „negatywny” multilateralizm, w którym niektóre kraje dążą do decydowania o losie innych bez ich udziału i w imię własnych egoistycznych interesów kosztem bezpieczeństwa pozostałych. W opozycji do tej wizji postawił multilateralizm pozytywny oparty na realnej wspólnocie międzynarodowej opartej na suwerennej równości państw.

Jednak nawet odkładając na bok te mgliste koncepcje – oparte nie tyle na trzeźwej analizie sytuacji międzynarodowej, co na uprzedzeniach – nie sposób nie zauważyć, że Berlinowi zwyczajnie brakuje wiarygodności w kwestiach bezpieczeństwa. Historie o brakach sprzętowych Bundeswehry obrosły już niemal legendami. Niewystarczające nakłady na obronę były przez niemieckich sojuszników piętnowane na długo zanim w Białym Domu zameldował się Donald Trump. Do rangi symbolu urosła także kwestia niemiecko-rosyjskiego gazociągu Nord Stream 2, który jak żadna inna polityczna inicjatywa każe w Polsce wątpić w szczerość intencji Berlina.

Do tego, po ostatniej kadencji Niemiec w RB w latach 2011-212 przede wszystkim za sprawą wstrzymania się od głosu w sprawie ustanowienia w Libii no-fly zone pozostało wrażenie niezdecydowania, braku gotowości do wsparcia sojuszników i wzięcia na siebie odpowiedzialności w kryzysowych sytuacjach. Ambiwalentne stanowisko Berlina wobec siłowej odpowiedzi Stanów Zjednoczonych, Francji i Wielkiej Brytanii na użycie broni chemicznej przez reżim Baszara al-Asada w Syrii z pewnością nie pomogło zrewidować tego wizerunku.

Nie oznacza to oczywiście, że w ostatnich latach polityka Berlina stała w miejscu. Przywództwo Angeli Merkel w sprawie wprowadzenia i utrzymania unijnych sankcji wobec Moskwy po napaści Rosji na Ukrainę, udział Bundeswehry w zapewnieniu stałej obecności wojsk NATO na wschodniej flance, czy solidarne przyłączenie się do sankcji po zamachu na Sergieja Skripala i jego córkę to wszystko z punktu widzenia Warszawy kroki we właściwym kierunku. Jednak ciągle niewystarczające, aby przełamać nieufność.

Czy więc zamiar „europeizacji” niemieckiego miejsca w RB jest z góry skazany na porażkę? Niekoniecznie. Ale aby niemiecki plan się powiódł, muszą zostać spełnione określone warunki.

Przede wszystkim, Berlin musi mieć świadomość, że europejska polityka bezpieczeństwa nie powstanie w Nowym Jorku. Nie powstaje ona nawet w Brukseli, ale ciągle w poszczególnych stolicach, które reprezentują różne wrażliwości, interesy i priorytety. Budując zaufanie rząd federalny nie może dlatego ograniczać się tylko do tematów, które trafią na agendą RB ONZ. Berlin musi umiejętnie i z wyczuciem łączyć płaszczyznę globalną i europejską.

Niemcy nie powinny także zbędnie pompować balonika. Dziś nie ma jednego europejskiego głosu, który można reprezentować w RB i w najbliższej przyszłości nie będzie. Ciągłe poszukiwanie najmniejszego wspólnego europejskiego mianownika może de facto doprowadzić do paraliżu decyzyjnego. Do tego, rozdźwięk pomiędzy ambitnymi deklaracjami i mizernymi efektami może rodzić frustrację partnerów europejskich i w konsekwencji zaszkodzić zarówno wiarygodności Niemiec jak i procesowi konwergencji strategicznej.

Dlatego ważniejsze od symboliki i podniosłej retoryki będzie realistyczne i pragmatyczne podejście łączące podstawowe zadanie członkostwa w RB, czyli dbanie o pokój i bezpieczeństwo na świecie, z komponentem europejskim. Zamiast żmudnych konsultacji w gronie EU27 lub 28 skuteczniejsze okazać może się angażowanie wybranych państw w sprawach o szczególnym dla nich znaczeniu. W przypadku Polski będą to z pewnością sprawy dotyczące bezpieczeństwa na wschodzie Europy. Wykład Niemiec mógłby także dotyczyć przezwyciężenia nieufności na linii Warszawa-Paryż i reaktywacji współpracy w formacie Trójkąta Weimarskiego.

Rządy Polski i Niemiec mogą też ramię w ramię dążyć do reformy Rady Bezpieczeństwa. Prezydent Duda na 73. sesji Zgromadzenia Ogólnego zapowiedział, że Polska chce uczestniczyć w reformie mającej na celu wyrównanie praw i kompetencji wszystkich członków Rady. Od tej deklaracji oczywiście daleka droga do ustanowieniu stałego miejsca w RB dla Unii Europejskiej, na co porozumiały się CDU/CSU i SPD w umowie koalicyjnej. Ale mógłby to być dobry początek.

Równie ważne jak branie przez Niemcy pod uwagę zdania innych państw, jest jednak również zdolność do sformułowania własnej strategii, umiejętność wytłumaczenia jej partnerom i przełożenia jej na polityczną praktykę. Berlinowi nie przystoi chowanie się za plecami innych, a oczekiwania wobec Berlina są zdecydowanie większe niż dobrze wyglądające na papierze koncepcje, które przy pierwszej konfrontacji z rzeczywistością lądują z powrotem w szufladzie. Oznacza to konieczność opuszczenia swojej strefy komfortu. Ale tylko tak Berlin będzie w stanie zachęcić innych do opuszczenia ich własnych stref komfortu. Także Polski.

Adam Traczyk

Tekst jest zmienioną wersją artykułu Letter from Warsaw: How Germany Can Gain Security Credibility in New York, który ukazał się 18 października 2018 na łamach bloga PeaceLab GPPi (Global Public Policy Institute).

Zdjęcie: Wikimedia Commons

%d blogerów lubi to: